Gimnazjum im. Karola Wojtyły

w Kępicach 

 ul. Szkolna 1a   77-230 Kępice
tel. (fax.) 0-59 858-5113
strona internetowa http://www.gimkepice.pl   e-mail Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript. (sekretariat)

Prace nagrodzonych uczniów "Nasza twórczość osobliwa"

Amelia Szewc  kl.7 SP Korzybie

I miejsce w konkursie Nasza Twórczość Osobliwa

… bo warto zrobić coś dobrego

     Nadeszły upragnione wakacje. Ostatnie na tym etapie mojej szkolnej kariery. Od początku roku planowałam, że wyjadę na nie za granicę, do cioci. Od zawsze marzyłam o studiach w Szkocji. Zawsze myślałam, że nie jestem  przywiązana do mojej ojczyzny i nie interesowałam się zbytnio jej historią, ale pewnego lata to się zmieniło…

 

      Od razu po zakończeniu roku szkolnego miałam samolot. Spakowałam walizki, a rodzice odwieźli mnie na lotnisko. Pożegnaliśmy się i wsiadłam do samolotu. Bardzo się cieszyłam, że już za dwie godziny będę na miejscu. Na lotnisku czekali już na mnie: ciocia, wujek i mój kuzyn. Pojechaliśmy do domu i zaraz położyłam się spać, ponieważ okropnie zmęczyłam się podróżą. Miasto było bardzo duże. Niemal wszystkie domy okazały się wysokie i białe. W całym mieście zauważyłam bardzo dużo sklepów.

- Dlaczego wstałeś tak wcześnie?- zdziwiona zapytałam rano siedzącego przy stole Kubę.

-Muszę iść zaraz do pracy.

-Do pracy? W wakacje? Gdzie?- byłam ogromnie zaskoczona tym, co usłyszałam.

-Zawsze w wakacje pracuję w Domu Opieki  Społecznej. Każdy ma tam swoją osobę , której pomaga i dotrzymuje towarzystwa. Dziś jedna osoba nie będzie mogła przyjść. Może chcesz ją zastąpić ?

Zawahałam się. Przecież przyjechałam odpocząć! Są wakacje! Ale perspektywa samotnego dnia w domu kuzynostwa przerażała mnie. Zgodziłam się. Złapaliśmy taksówkę i dwadzieścia minut później byliśmy już na miejscu. Dom był położony na dużym wzgórzu. Ujrzałam przed sobą ogromny budynek. Pomalowany jaskrawymi kolorami z daleka rzucał się w oczy. Dach wydawał się krzywy i trójkątny.  Kuba poszedł pomóc  starszemu panu, a do mnie podeszła pani, która wytłumaczyła mi, co mam robić i zaprowadziła do osoby, której miałam pomagać. Weszliśmy do małego pokoju, w którym zobaczyłam starszą kobietę. Miała siwe, długie włosy, które opadały jej na ramiona. Nos, na którym widniały fioletowe okulary, miała dość duży. Wszystko wydawało się w niej stare oprócz niebieskich oczu, które tryskały życiem. Jakie było moje zdziwienie, kiedy okazało się, że kobieta mówi po polsku. Nazywała się Hanna Kłos. Rozmawiałyśmy cały dzień. Pytała o Polskę. Przez tydzień spędzałyśmy miło czas. Dużo rozmawiałyśmy, ale nie chciała mi powiedzieć, jak  znalazła się w Szkocji. Po tygodniu dowiedziałam się ,że w młodym wieku wyjechała z Polski, (chociaż bardzo tego nie chciała),aby zarabiać pieniądze na utrzymanie całej rodziny. Po tych słowach po raz pierwszy zobaczyłam ją smutną. Bardzo chciałam jej pomóc, ale nie wiedziałam jak. Nie spałam całą noc, aż w końcu wymyśliłam, co zrobię. Hanna uwielbiała kwiaty. Miała o nich bardzo dużą wiedzę i przez ten tydzień często mówiła mi, że chciałaby mieć swój ogródek. Z samego rana poszłam do dyrektora ośrodka, aby poprosić go o pozwolenie na zrobienie ogródka. Bardzo spodobał mu się ten pomysł, dlatego już nazajutrz rozpoczęło się tworzenie rabat. W prace zaangażował się każdy, dlatego po tygodniu ogródek był już gotowy. Oprócz bratków, malw, aksamitek, krzewów bzu w ważnym miejscu stała ławka, by każdy mógł na niej usiąść i przenieść się myślami do Polski. Razem z Hanią sadziłyśmy w nim kwiaty i dużo rozmawiałyśmy o Polsce. Opowiadała mi o tym, co przeżyła w kraju i jego historię. Po raz pierwszy zrozumiałam, że w Polsce jest wszystko to, co kocham i zatęskniłam. Im więcej rozmawiałam o Polsce, tym bardziej rozumiałam, że jest to mój dom. Po miesiącu spędzonym za granicą przyjechałam do Polski. Postanowiłam, że zrobię coś dobrego dla mojej ojczyzny i rodaków takich jak Hanna, którzy nie mogą do Polski wrócić. Dlatego wraz z moimi rodzicami i ciocią napisaliśmy projekt do Unii Europejskiej o dofinansowanie na stworzenie ogródków w domach opieki społecznej i przy szpitalach.

        I udało się! W wielu szpitalach i domach opieki społecznej w Szkocji powstały ogródki i miejsca spędzania wolnego czasu na świeżym powietrzu. Warto zrobić coś dobrego i pomóc innym. Gdy jesteśmy daleko od czegoś, co kochamy, dopiero rozumiemy, ile to dla nas znaczy.

 

 

Alicja Grabowska  kl.3c Gimnazjum w Kępicach

II miejsce w konkursie Nasza Twórczość Osobliwa

 

 

Lekcja życia

Doskonale pamiętam ten dzień, 16 lipca 2012r.- wyjątkowo upalne lato. Słońce prażyło niemiłosiernie. Postanowiłam, więc założyć zwykłą koszulkę na ramiączkach i rybaczki- nie ubrałam się jakoś szczególnie elegancko, w końcu był to zwyczajny, wakacyjny dzień. Nie wiedziałam jednak, jak bardzo się myliłam… Bawiłam się z Miszką- szczeniakiem, którego jakiś czas wcześniej wzięliśmy ze schroniska. Sunia miała trzy miesiące i gdy zobaczyłam ją za kratkami w przytułku, moje serce zaczęło się krajać. Jak ktoś mógł porzucić takiego kundelka? Moją młodszą siostrę też to poruszyło, więc rodzice nie mieli wyboru i zaadoptowaliśmy małą. Choć Ada wolała koty, w Miszce zakochała się od razu. To ciekawe, bo zwykle mówiono o  nas ogień i woda. Moja siostra była spokojna i opanowana, nie mówiła też za wiele- mogła godzinami siedzieć i oglądać bajki lub malować, dużo też sobie wyobrażała- potrafiła przez pół dnia myśleć o niebieskich migdałach, przy czym była bardzo ciekawa świata. Ja natomiast nie umiałam usiedzieć w miejscu i zazwyczaj wiele rzeczy szybciej robiłam zamiast najpierw to przemyśleć, często też nie umiałam trzymać języka za zębami, przez co wpadałam w tarapaty. Gdy mama wołała mnie do kąpania zawsze próbowałam ją zagadać, bo jako dziecko bardzo dużo mówiłam, a kąpania wręcz nienawidziłam. W przeciwieństwie do Ady na podwórku mogłam siedzieć do późnych godzin nocnych, bo uwielbiałam zabawę z dziećmi.  Pomimo tego bardzo kocham moją siostrę i jestem dumna z tego, że jesteśmy rodzeństwem. Poza tym teraz, gdy jesteśmy już starsze coraz więcej jest między nami podobieństw, poza tym z wyglądu stajemy się prawie jak dwie krople wody- Ada to mała ja.  Tego pamiętnego, lipcowego poranka siedziała akurat na balkonie i przeglądała książkę z obrazkami. Widziałam nawet jak próbuje literować pojedyncze wyrazy, gdyż ostatnio w przedszkolu zaczynali naukę czytania. Nic nie wskazywało na to, że akurat ten dzień zapadanie mi w pamięć na długie lata. Spojrzałam na zegarek, była 13 postanowiłam , więc coś przekąsić. Wstałam i poszłam do kuchni przygotować nam posiłek. Gdy wyjęłam wszystkie potrzebne produkty i zabierałam się do gotowania, zadzwonił telefon. Okazało się, że to mama. ­

- Emilko, nie szykuj obiadu, zjemy dziś na mieście. Za 20 minut przyjedziemy po was z tatą. Zdziwiłam się, bo zazwyczaj, gdy prosiłyśmy mamę o pieniądze na chociażby McDonald’ a, odmawiała, bo twierdziła: ,,To sama chemia, zero wartości odżywczych, w przyszłości mi podziękujecie.” Co miałyśmy zrobić? Kiwałyśmy tylko głowami, bo już dawno pogodziłyśmy się z tym, że jeśli mama się na coś nie zgadza- nie ma zmiłuj. To perfekcjonistka z zasadami. Nigdy się nie spóźnia i zawsze ma wszystko dopięte na ostatni guzik.  Cała pani Małgorzata Piotrowicz- dyrektor firmy ,,Ametyst” produkującej kosmetyki, rozpoznawalne na całym świecie. Tata natomiast to jej całkowite przeciwieństwo- pracownik firmy budowlanej zawsze spóźniony i wiecznie roztargniony. Choć wiele razy proponowano mu wysokie stanowisko, zawsze odmawiał, bo wolał zostać w domu i spędzić czas z nami. Pewnie wpływ na to ma jego pochodzenie- wychował się w tradycyjnej,  polskiej rodzinie, gdzie w Wigilię jest 12 potraw na stole, obchodzenie świąt po chrześcijańsku, palenie marzanny- wiecie, o co chodzi. Dziadek opowiadał nam też, że bez względu na wszystko mamy kierować się zasadą- Bóg, Honor, Ojczyzna, gdyż on sam jako weteran wojenny zawsze się do niej stosował i oczywiście wpoił ją swojemu synowi. Dziś z dumą mówi : ,,Obaj wyszliśmy na ludzi.”  Tak, nasz tata Tomek- uwielbiamy go i choć mama to mama, od zawsze byłyśmy córeczkami tatusia.

Ale wracając do naszej historii, o czternastej siedziałyśmy już w restauracji i czekałyśmy na wiadomość, którą rodzice mieli nam do przekazania. Nie mogłyśmy usiedzieć w miejscu, lecz nie chciałyśmy też ich popędzać. W końcu Ada nie wytrzymała i zapytała, o co chodzi. Niestety, mama była nieugięta, a tata rzucał nam tylko zdawkowe odpowiedzi. Miałyśmy wszystkiego dowiedzieć się po powrocie. Po obiedzie ku naszemu zdziwieniu, ale też radości pojechałyśmy do galerii handlowej, żeby wybrać sobie ładne rzeczy, a rodzice poszli coś pozałatwiać. W ferworze zakupów zapomniałyśmy, dlaczego w ogóle się tu znalazłyśmy, jednakże w samochodzie wszystko sobie przypomniałyśmy i chciałyśmy się dowiedzieć, co się dzieje. Okazało się jednak, że mama była szybsza.

 - Dziewczynki, jesteście już duże i mam nadzieję, że zrozumiecie naszą decyzję i nie osądzicie nas pochopnie. Jak wiecie, moja firma jest znana na całym świecie. Właśnie dostała wspaniałą propozycję- grzechem było odmówić. Wczoraj podpisaliśmy umowę i żeby ją zrealizować, musimy wyjechać do Londynu. Otóż ten rok szkolny spędzicie właśnie tam. Nasz lot jest za kilka godzin, więc macie jeszcze czas, żeby się pożegnać z bliskimi.

 W tym momencie mój świat się zawalił. Owszem, nie miałam za wielu przyjaciół, ale to nie był powód, żeby stąd wyjeżdżać. W tym roku zaczynałam drugą klasę liceum i nie chciałam opuszczać chociażby miesiąca w szkole- w końcu za rok matura, a tu nagle dowiaduję się, że muszę opuścić nie miesiąc, lecz cały rok. A przecież w Anglii system edukacji różni się od naszego i w trzeciej klasie będę musiała ostro harować, żeby wszystko nadrobić, co i tak będzie graniczyć z cudem. ,,No trudno” – pomyślałam, bo nie było sensu się sprzeczać. Mama i tak postawiłaby na swoim. Wiedziałam też, że nie zgodzi się, żebyśmy zostały u dziadka, więc od razu skwitowała:   ,,Nie będziecie zwalać się mu na głowę, to starszy człowiek!”. Ja jednakże czułam, że nie miałby nic przeciwko- cieszyłby się, że może spędzać z nami więcej czasu.

Po spakowaniu wszystkich potrzebnych rzeczy pojechałam pożegnać się z Olą i Kasią- moimi przyjaciółkami. Wiedziałam, że mogę się im wyżalić- wspierały mnie w najtrudniejszych chwilach mojego życia, a ta z pewnością do takich należała. Nie podzielały mojego smutku,  wręcz przeciwnie- cieszyły się, że wyjadę i poznam nowych ludzi, język, kulturę, a może nawet znajdę sobie wreszcie chłopaka, bo w naszej okolicy żaden nigdy mi się nie podobał. Obiecały też, że będziemy regularnie rozmawiać przez kamerę, a czas szybko minie i nawet nie zauważę, że jestem z powrotem w Polsce. Spróbowałam spojrzeć na wszystko z ich perspektywy i faktycznie trochę polepszył mi się nastrój. Cieszyłam się też, że postaramy się utrzymać kontakt. Po złożeniu im wizyty pojechałam do najważniejszej dla mnie osoby- dziadka Heńka. To z nim spędzałam długie, jesienne wieczory- siadaliśmy przy kominku w jego przytulnej chatce, a on opowiadał historie swojej młodości- czasów wojennej i powojennej Polski. Potrafiliśmy rozmawiać godzinami i nigdy nam się nie nudziło. To właśnie z nim robiłam najgłupsze, ale zarazem najciekawsze rzeczy, z czego potem  zrodziły się najlepsze wspomnienia, które na zawsze pozostaną mi w pamięci. To z nim miałam też ,,słodkie tajemnice”, o których nie mówiliśmy nikomu- na przykład jak połamałam krzak róży, co zwaliłam na koty. Dziadek to wspaniała, nietuzinkowa osoba i mogłabym pisać o nim godzinami, ale nie staczy mi miejsca, więc przechodzę do dalszego ciągu mojej historii. Dodam tylko, że nie chciałam też wyjeżdżać dlatego, że mój najlepszy przyjaciel miał już swoje lata i bałam się, że po powrocie mogę go nie zastać, ale na szczęście nic takiego nie miało miejsca. Około 18:00 odebrali mnie rodzice i od razu pojechaliśmy na lotnisko- latałam już samolotem, więc wiedziałam, jak wszystko się odbywa, natomiast moja siostra- wręcz przeciwnie i była tym zachwycona. Lot minął szybko i nim się obejrzałam byliśmy na miejscu, a że podczas drogi do naszego lokum pogoda sprzyjała, chłonęłam widoki jak gąbka. Okazało się, że okolica, w której zamieszkamy, jest prześliczna i szczerze mówiąc dodało mi to otuchy, a nawet byłam szczęśliwa, ale niestety jak się potem okazało, tylko na początku…

Nadszedł wrzesień a wraz z nim nowy rok szkolny i to wtedy po raz pierwszy zatęskniłam za domem. Po wejściu do nowej szkoły od razu zauważyłam wiele różnic, począwszy od tego, że rok szkolny trwa nie dziesięć a jedenaście miesięcy, co dodatkowo mnie zdołowało, skończywszy na różnicach w systemie oceniania- w Wielkiej Brytanii nie stawiano nam stopni w postaci cyfr, ale literek: od A- najlepiej do U- niezaliczone. Początkowo było nawet miło i choć starałam się wytrwać i wmawiałam sobie, że wszystko będzie dobrze, to już po pierwszym tygodniu tęskno mi było do mojej szkolnej ławki, a nawet do sprawdzianów, kartkówek oraz nauczycieli, za którymi nie przepadałam. Zastanawiałam się też co porabiają moje przyjaciółki, bo niestety nie udało nam się dotychczas skontaktować. Przede wszystkim jednak martwiłam się o dziadka. Może to głupie, bo przecież wiedziałam, że 5 kilometrów od naszego Głoskowa mieszka Paweł- kuzyn, który co rusz wpadał do niego, minimum raz w tygodniu, a teraz pod naszą nieobecność obiecał to robić częściej i informować mnie na bieżąco, czy wszystko u niego w porządku. Nie powiem, trochę mnie to uspokajało, ale i tak, gdy miałam wolną chwilę, myślałam o nim i modliłam się, żebym mogła go jeszcze zobaczyć.

Po wrześniu przyszedł październik, a ze względu na angielski klimat wraz z nim ulewy i wichury. Niestety, choć była to jesień, w żaden sposób nie przypominała dobrze znanej mi tej naszej- pięknej, polskiej z kolorowymi czapami drzew i wieloma liśćmi leżącymi na ziemi. Dodatkowo kontakt z dziewczynami też się urywał, bo rok szkolny rozpoczął się na dobre i miały multum sprawdzianów, kartkówek i wypracowań z polskiego i choć tak jak ja chciały częściej się kontaktować, siłą rzeczy nie było to możliwe. Na to wszystko wujek Piotrek- tata Pawła miał dla nas smutne wiadomości- dziadek źle się poczuł i musiał jechać na kilka dni  do szpitala. Zmartwiłam się, ale wierzyłam, że wszystko będzie dobrze- dziadek był twardy.  Faktycznie, tak jak przypuszczałam, lekarze podkurowali go i po tygodniu wyszedł zdrów jak ryba. Ucieszyłam się. Ta wiadomość podniosła mnie duchu, ale też zwiększyła moją tęsknotę za domem. Czternastego października postanowiłam nie pójść do szkoły- w Polsce obchodzony jest wtedy Dzień Edukacji Narodowej, potocznie nazywany Dniem Nauczyciela- upamiętnia on powstanie 14 X 1773r Komisji Edukacji Narodowej. Uznałam jednak, że nie pójdę tego dnia do szkoły, ponieważ w Anglii nie obchodzi się tego święta , więc uważałam, że jednak czułabym się nieco nieswojo, gdyż u nas w Polsce tego dnia zazwyczaj wystawia się jakieś przedstawienia, a nauczyciele otrzymują od czekoladki lub kartki. Stwierdziłam też, żeby uczcić ten dzień przerobię historię polskiej edukacji, a także różne powstania wpisane w dzieje mojej ojczyzny.

Październik jakoś minął, a mi było coraz bardziej tęskno za dziadkiem, przyjaciółmi, moim przydomowym ogródkiem, a nawet głupią Biedronką, którą widziałam z okna. Dni stawały się coraz krótsze, co było równoznaczne z tym, że nieuchronnie zbliża się listopad, a wraz z nim Dzień Wszystkich Świętych, który w Polsce jest wolny od pracy i spędzamy go przy grobach naszych zmarłych. Tu, w Anglii jest całkowicie zwyczajny, a święto to obchodzi się w nocy z trzydziestego pierwszego  października na pierwszego listopada, w Halloween. Ponownie też postanowiłam nie pójść do szkoły z przyczyn podobnych jak czternastego października, lecz teraz było mi też przykro, że nie odwiedzę grobu babci- poza nami miała tylko dziadka, który nie był w stanie dotrzeć na cmentarz, dlatego że znajdował się on 30 km od naszego miasteczka. Co prawda ciocia Marysia zadeklarowała, że go zawiezie, ale jakoś szczególnie nie pokładałam w niej nadziei, gdyż często nie spełniania swoich obietnic. Ku mojemu zdziwieniu mama też nie poszła do pracy, a Ada się rozchorowała, więc żeby uczcić to święto, a także Zaduszki wspólnie wspominałyśmy babcię Józię i przeglądałyśmy albumy rodzinne.

Dni mijały, a nieznośne uczucie pustki nadal mi towarzyszyło. Powoli popadałam w depresję, lecz cały czas trzymałam się myśli, że przecież to tylko tymczasowo i za kilka miesięcy będzie jak dawniej, lecz w wigilię coś we mnie pękło. Dlaczego? Wszystko zaczęło się szóstego grudnia. Wtedy wypadają moje urodziny, a w Polsce obchodzone są mikołajki- tak, tak tego zwyczaju również się tutaj nie celebruje. Było mi niezmiernie przykro, gdyż dla mnie zawsze był to jeden z najpiękniejszych dni w roku- ten klimat, wzajemnie obdarowywanie się podarunkami i przedsmak zbliżającego się Bożego Narodzenia, w dodatku moje urodziny- kochałam to. Jednak tego roku wszystko było inaczej- co prawda, my w naszym małym, rodzinnym gronie obchodziliśmy to święto jak co roku, ale w szkole było jak dla mnie dość ponuro. W miejscu, gdzie wcześniej się uczyłam tego dnia odbywał się koncert świąteczny, nie było lekcji, wszyscy śmiali się i dawali sobie prezenty. Te mikołajki na zawsze zapadły mi w pamięć- jako najgorsze, jakie do tej pory przeżyłam. Minęło parę tygodni i nadeszły Święta Bożego Narodzenia, a niestety i tego czasu nie mogłam przeżyć w pełni- brakowało mi Adwentu i rorat- tego, że nie mogłam przeżyć po chrześcijańsku okresu oczekiwania na przyjście Chrystusa zgodnie z naszą tradycją, gdyż najbliższy kościół katolicki znajdował się 20 km od miejsca, w którym mieszkałam. Brakowało mi też tego, że świąt nie spędzimy rodzinnie i nie zjem babcinych pierogów- była mistrzynią w tej dziedzinie. Czarę goryczy przelało jednak to, że w wigilię nie mogłam wyczekiwać pierwszej gwiazdki, gdyż tego roku niebo było zachmurzone. Nie wytrzymałam. Rozpłakałam się i wykrzyczałam wszystko rodzicom w twarz. Mama zaczęła mnie uspokajać i wypowiedziała na tamtą chwilę słowa dla mnie najpiękniejsze.

– Nie chciałam psuć wam niespodzianki, ale skrócili nam umowę i od razu po świętach wracamy do Polski. Oniemiałam. Nie mogłam wymarzyć sobie lepszego prezentu! Razem z Adą zaczęłyśmy skakać z radości, a nasz entuzjazm udzielił się też Miszce- biegała wokół nas i merdała radośnie ogonkiem.

Dwudziestego siódmego grudnia z samego rana pojechaliśmy na lotnisko.  Ada już wiedziała, co i jak i dumna jak paw relacjonowała podróż. Piętnaście minut przed odlotem okazało się, że mamy godzinę opóźnienia, ale nie traciłam nadziei, że cała reszta odbędzie się tak, jak powinna.  Gdy w końcu czas oczekiwania minął i zajęliśmy nasze miejsca w samolocie, była szósta rano. Ze zmęczenia i emocji usnęłam. Obudziłam się podczas lądowania i zalała mnie fala szczęścia. Wreszcie znalazłam się w moim ukochanym kraju. Jazda samochodem minęła mi bardzo szybko i o godzinie trzynastej przekraczałam próg naszego domu, a depresja zniknęła tak szybko, jak się pojawiła. Ja cieszyłam się jak mała dziewczynka- wreszcie znalazłam się w moim miejscu na ziemi. Po powrocie udałam się do dziadka, którego zabrałam na grób babci, bo tak jak podejrzewałam, ciocia tego nie zrobiła. Przy okazji przegadałam z nim pół dnia. Odwiedziłam też Olę i Kasię, od których dowiedziałam się, że przede mną mnóstwo nauki. Musiałam nadrobić zeszłe półrocze, bo inaczej pani Bławatka mnie nie przepuści, ale cóż- potwierdziło to tylko moje przypuszczenia związane z przeprowadzką, więc nie byłam szczególnie zdziwiona, co więcej dziękowałam Bogu, że nie zostaliśmy w Londynie dłużej. Zgoda, moje przyjaciółki miały rację, poznałam kilka wspaniałych osób, które pomogły mi się zaklimatyzować w nowym miejscu i stały mi się bliskie, nawet przez dwa miesiące byłam w związku. Podszkoliłam też angielski i poznałam inną kulturę. Owszem, dobrze będę wspominać Anglię, ale jednak w Polsce czuję się najlepiej. Po przygodzie, którą przeżyłam, uświadomiłam sobie w pełni znaczenie powiedzenia: ,,Wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej.”

 

 

 

Magdalena Piechowska  kl.7 SP Korzybie

III  miejsce w konkursie Nasza Twórczość Osobliwa

 

                     Moja mała Ojczyzna

 

   Tego dnia wstałam wyjątkowo wcześnie .Ubrałam się w rzeczy leżące na krześle, które przyszykowałam poprzedniego dnia i spakowałam książki do plecaka. Następnie udałam się do kuchni, aby zjeść śniadanie.  Mama już nie spała. Przyrządziła mi jajecznicę, którą uwielbiam. Po dziesięciu minutach zabrałam kurtkę i wybiegłam z domu. Do szkoły nie mam daleko i bardzo się z tego powodu cieszę, ponieważ jak czegoś zapomnę ,szybko po tę rzecz wrócę. Na dworze było prześlicznie. Zza chmurek świeciło słońce i było bardzo ciepło. Zanim się obejrzałam, znajdowałam się na terenie naszej szkoły. 

  Nie była zbyt duża. Jej zewnętrzne ściany były kolorowe, co mi się bardzo podobało. Weszłam do środka i udałam się do szatni , aby zostawić kurtkę i przebrać buty. Moją pierwszą lekcją była geografia. Nie przepadałam za nią, ponieważ nie kręcą mnie tematy z tej dziedziny. Zaczęłam podążać w kierunku klasy. W tym samym momencie zadzwonił dzwonek. Nauczycielka zawsze przychodzi późno ,więc miałam trochę czasu na rozmowę z moją koleżanką Olą, z którą siedzę właśnie na lekcji geografii. Wreszcie nauczycielka przyszła i wszyscy weszliśmy do klasy. Usiedliśmy na swoich miejscach i rozpakowaliśmy książki.

- No to wyciągamy karteczki-powiedziała nauczycielka- pytania nie będą ciężkie.

Załamałam się,ponieważ nie uczyłam się poprzedniego dnia. Zupełne o niej zapomniałam. Pani podyktowała pytania i mój stres zmalał,gdyż pytania naprawdę były proste. Po kilku minutach pani zebrała kartki i rozpoczęła się lekcja. Nie pamiętam ,o czym tak naprawdę była ,ponieważ rozmyślałam o dalekich podróżach w ciepłe kraje. Moje rozmyślania przerwały szturchnięcia Oli. Ocknęłam się i spojrzałam na stojącą przede mną nauczycielkę.

- Aniu, jeśli możesz to przypomnij całej klasie ,o czym mówiłam do tej pory.

-Przepraszam,ale nie słuchałam .

-Jeśli powiesz ,o czym tak rozmyślałaś, nie dostaniesz uwagi.

-Rozmyślałam o dalekich podróżach,które zrealizuję w przyszłości.

Cała klasa zaczęła się śmiać, a mi było bardzo głupio. Chwilę później pani podyktowała nam pracę domową. Mieliśmy przygotować prezentację na temat małej lub dużej Ojczyzny, co jest dla nas tą Ojczyzną i dlaczego. I najważniejsze ! Co mogę dla niej zrobić ja -współczesny nastolatek!Nie wiedziałam, jak, się zabrać do tej pracy. Następne lekcje minęły mi bardzo szybko. Po szkole jak najszybciej poszłam do domu, aby zrobić prezentację z geografii. Na jej wykonanie  mieliśmy tydzień, ale wolałam zrobić to od razu.  Dotarłam do domu i poszłam do swojego pokoju. Usiadłam przy biurku i zaczęłam zastanawiać się, jak mam to zrobić. Po kilkunastu minutach wpadł mi do głowy genialny pomysł.

Pobiegłam do pokoju mamy po laptopa i rozpoczęłam swoją pracę. Moja prezentacja była gotowa po trzech godzinach. Tak byłam zajęta pracą, że nie zjadłam obiadu. Pokazałam gotową pracę mamie. Powiedziała, że wykonałam kawał dobrej roboty.

  Następny tydzień minął mi bardzo szybko. Nadszedł dzień prezentacji. Nigdy wcześniej się tak nie denerwowałam. Miałam nadzieję ,że moja prezentacja będzie na temat i dostanę dobra ocenę. Rozpoczęła się lekcja geografii. Niestety, miałam pierwszy numer w dzienniku i jako pierwsza musiałam się zaprezentować. Podałam pani pendrive’a.Włączyła wyświetlacz i moja praca wyświetliła się na białej tablicy. Nogi trzęsły mi się jak galaretka, a serce waliło mi jak dzwon. Wzięłam głęboki wdech i zaczęłam czytać:

,,Moją małą Ojczyzną jest wioska Korzybie. Wychowałam się w niej. Mam w tej miejscowości wielu znajomych, bez których nie wyobrażam sobie życia. W mojej wiosce stawiałam pierwsze kroki i wypowiadałam pierwsze słowa. Jest to miejscowość, w której chętnie przebywam, bo jest to miejsce ciche i spokojne. Dom, w którym mieszkam wraz z rodzicami jest moją oazą spokoju. Zaś Polska to moja duża Ojczyzna, w której czuję się bezpiecznie. Jestem dumna, że żyję w kraju, który po stu  dwudziestu trzech latach odzyskał niepodległość.’’

  Kątem oka spojrzałam się na nauczycielkę. Martwiłam się czy moja praca się jej spodobała. Uśmiech na twarzy nauczycielki mówił sam za siebie. Podobało się, więc kontynuowałam. . .

  ,, Co mogę dać od siebie? Jak rozumiem bycie patriotą? Należę do Ochotniczej Straży Pożarnej w Korzybiu. Reprezentuję moją jednostkę w zawodach sportowo-pożarniczych. Mamy swoje małe sukcesy na szczeblu wojewódzkim i ogólnopolskim. To, że jesteśmy jedną drużyną, pomagamy sobie, wspieramy się. Współpraca ze środowiskiem lokalnym, praca na rzecz innych – to tylko namiastka tego, czym młody człowiek przesiąka będąc członkiem MDP. Ale co ważniejsze – chcę to kontynuować, bo patriotyzm to dla mnie właśnie ratowanie mienia i życia każdego Polaka. Jak dorosnę zostanę strażakiem… a  właściwie strażaczką.’’

  Za pracę otrzymałam bardzo dobra ocenę. Był to dla mnie niezapomniany dzień.

 

 

b_gimnazjum.jpg