V GMINNY KONKURS LITERACKI ROZSTRZYGNIĘTY

  • Drukuj

     Od 7 marca do 8 maja br. trwał VI Gminny Konkurs Literacki Nasza Twórczość Osobliwa Piękna i Prawdziwa, którego organizatorką jest pani Agata Koziarek, nauczycielka języka polskiego w Gimnazjum im. K. Wojtyły w Kępicach. W tym roku należało stworzyć prace w formie pamiętnika, a temat brzmiał: Zabawne perypetie pewnego gimnazjalisty, czyli wiosną wszystko się może zdarzyć. Niestety, mimo dużej ilości czasu wyznaczonej przez organizatorkę, wpłynęło na konkurs tylko 7 prac- uczniów z ZS w Korzybiu i z gimnazjum w Kępicach. Jury w niezmiennym od lat składzie: pani Dorota Trąbińska, pan Grzegorz Chwieduk i pan Andrzej Taukin bardzo skrupulatnie i rzeczowo podeszło do oceny twórczości naszej młodzieży. W efekcie pracy opartej na kryteriach wyłonili 4 najlepsze pamiętniki.

Oto werdykt jury:

 1 miejsce    Karolina Składanek  ZS Korzybie

2 miejsce    Marta Kasperska       ZS Korzybie       ( opiekun uczennic pani Sylwia Olszyna)

3 miejsce   Anna  Jelonek            ZS Korzybie

3 miejsce   Kamila Biernacka  Gimnazjum w Kępicach ( opiekun pani Alicja Dworakowska)

 

Nagrodzone prace można przeczytać, są umieszczone na stronie naszej szkoły.  Życzymy miłej lektury. Zwycięzcom konkursu serdecznie gratulujemy.

Agata Koziarek

 

 

 

           Miejsce I

                        Zabawne perypetie pewnego gimnazjalisty, czyli wiosną wszystko może się zdarzyć...

 

            Pamiętam, jakby to było wczoraj…To był piękny, majowy poranek 2013r. Pierwsze promyki słońca nieśmiało zaglądały do mojej sypialni. Wpółprzytomna usiłowałam odgonić krążącego wokół komara, który wleciał przez otwarte okno. Otwarte okno? – pomyślałam, zerwawszy się na równe nogi. Pospiesznym krokiem zbliżałam się do owego okna, jedynego zresztą w tym malutkim pokoiku. Przyjemne, ciepłe powietrze otuliło moją twarz, tę jasną, piegowatą twarzyczkę. Lekko odchyliłam głowę do tyłu, na chwilkę odpłynęłam. Szybko jednak wróciłam na ziemię, gdy usłyszałam dobiegający z kuchni hałas. Zarówno on, jak  i wspomniane wcześniej otwarte okno były zjawiskami o tyle niepokojącymi, że zdążyłam porządnie się wystraszyć. Dlaczego? Otóż  od dobrych trzech dni rodzice przebywali na delegacji, a ja, zdana sama  na siebie, miałam pod opieką cały dom. W akcie paniki chwyciłam leżący tuż obok łóżka kij baseballowy i cichutko ruszyłam schodami w dół. Nogi miałam jak z waty, a serce omal nie wyskoczyło mi z piersi. Otworzyłam gwałtownie drzwi kuchenne, wydając przy tym bojowy okrzyk. Jednak zamiast ruszyć do ataku, stanęłam jak wryta, nadal trzymając w obu dłoniach ciężki, drewniany kij do gry. Pamiętam tę chwilę doskonale, bo właśnie wtedy jajko poleciało  w moją stronę. Równocześnie rozległ się donośny śmiech, śmiech, którego nie sposób przeoczyć. Mój kuzyn Przemek, celując we mnie, myślał zapewne, że przyjmę „piłkę” niczym zawodowy gracz. Ja jednak, będąc  w stanie osłupienia, wydałam z siebie jedynie zduszony jęk. Gdy już poczułam lepką konsystencję na lewym przedramieniu, a negatywne emocje opadły, sięgnęłam po lekko miękkiego pomidora i z całych sił cisnęłam nim prosto w  starszego kuzyna. Czerwona maź spłynęła po jego twarzy, na której niezmiennie widniał szczery uśmiech. Nie mogłam powstrzymać śmiechu, to był przezabawny widok."Rozejm!" - krzyknęłam wesoło, a Przemek nie tracąc humoru, podszedł do mnie, by się przywitać.
            Dowiedziałam się,że gdy ja błogo spałam, Przemek  z Kryśką  już od godziny  przygotowali w kuchni śniadanie. Nie wiem, co mu do głowy strzeliło, żeby wchodzić do domu oknem, obdarł przy tym całe kolana!
 Podałam kuzynowi plaster, a kątem oka zauważyłam jego młodszą siostrę – Krysię, która zbierała  w ogrodzie maliny. Chwilę później wbiegła do domu z koszem świeżych owoców.  Na śniadanie  w końcu przyrządziliśmy pyszne  naleśniki z malinami. Posprzątałam po posiłku i za namową kuzynki  założyłam zwiewną sukienkę w motyle. Uplotłam warkocz i lekko musnęłam usta błyszczykiem. Pomyślałam, że gościom spodoba się spacer po okolicy. Wręcz zaskoczyli mnie swoim entuzjazmem.
   Wędrując po piaszczystych dróżkach, rozmawiałam z Przemkiem. O czym? A o czym mogli rozmawiać gimnazjaliści? Szkoła, muzyka, imprezy. Mogłam porozmawiać z nim o wszystkim, dosłownie. Uwielbiałam te nasze pogaduszki. Wiosenna aura zapewniała pełną swobodę i relaks. Świeże powietrze i wesołe śpiewy ptaków koiły nerwy swą delikatnością. Zawsze uważałam wiosnę za najpiękniejszą porę roku: wszystko budzi się do życia, człowiek ma wrażenie, jakby sam rodził się na nowo, to tak jak przemiana gąsienicy w motyla, coś niesamowitego!
   Nagle Krysia podbiegła do mnie z wiankiem z mleczy. Założyła mi go na głowę i sprytnie chwyciła dłoń, ciągnąc mnie w stronę pobliskiego parku. Trochę zdziwiona pozwoliłam jej zaprowadzić się na łagodny pagórek. Dziewczynka wyjęła z kieszeni czerwoną chustkę i oplotła nią moje oczy pod pretekstem zabawy w ciuciubabkę. Do dziś śmieję się, że tak łatwo uwierzyłam dziesięciolatce. Według zasad gry zaczęłam kręcić się wokół własnej osi. Ku mojemu zaskoczeniu usłyszałam głośną muzykę. Wystarczyła chwila skupienia, bym rozpoznała moją ulubioną piosenkę. Nie mogłam się powstrzymać przed wykonaniem kilku ruchów biodrami w rytm ukochanego kawałka. Całkiem straciłam kontrolę nad własnym ciałem, uwielbiałam tańczyć! By przypadkiem nie stoczyć się z pagórka, zdjęłam chustkę zakrywającą oczy. Jakie było moje zdziwienie, gdy zobaczyłam przed sobą...  rodziców, przyjaciół i oczywiście Krysię z Przemkiem, krzyczących: „Niespodzianka!”. Chwilę później rozległo się huczne: „Sto lat, sto lat!”.

 Zabawne… wiosna tak mnie zauroczyła, tak na mnie podziałała, że zapomniałam o własnych urodzinach!           

 

Autor: Karolina Składanek

Klasa: III Gimnazjum

Szkoła: Zespół Szkół w Korzybiu

Nauczyciel: Sylwia Olszyna       

 

 

Miejsce III

Korzybie,  22  marca

Drogi Pamiętniczku ,

22 marca  w kalendarzu był bardziej widoczny niż inne dni w miesiącu … a może po prostu tak mi się tylko wydawało ? Przecież to tylko dzień po pierwszym dniu wiosny …               Ale opowiem Ci wszystko po kolei …

Wstałam rano , pamiętam , że tego dnia bardzo mocno świeciło słońce . Spojrzałam na kalendarz w planach tego dnia miałam wyjazd na targi edukacyjne . Trzeba było wybrać szkołę, mało czasu zostało do końca roku , a jeszcze mniej do testów ! Oczywiście  musiałam ruszyć swoje leniwe cielsko z łóżka  (co zajęło mi trochę czasu ). Włożyłam szlafrok i jak to miałam w zwyczaju, podeszłam do lustra z tubką fluidu. Moja cera  zawsze  miała skłonności do przebarwień , pękających żyłek i najbardziej uwielbianych przeze mnie pryszczy , więc nawet nie patrząc w lustro, nałożyłam trochę tej cudownej mazi na palec. Przed zamaskowaniem niechcianych gości , lewą ręką nałożyłam okulary . Przybliżyłam twarz do lustra … Nie wierzyłam własnym oczom ! Moja cera była nadzwyczaj zdrowa , bez żadnej skazy … ze zdumienia przetarłam oczy , pobiegłam szybko do toalety , żeby przemyć twarz z myślą , że nie zmyłam wieczorem wczorajszego makijażu. Nie było śladu żadnych specyfików na mojej twarzy ! Ubrałam się , siostra siedziała już w kuchni i darła się na cały dom : „Aśka ! Nie ma mleka!”. Pamiętam , że kazałam jej ruszyć się do sklepu, ale ona nie chciała iść sama. Ma trzynaście lat i myślę , że już powinna byś bardziej samodzielna! No nic … dobrze , że miałam tego dnia  do szkoły na dziesiątą , w przeciwnym razie rozszarpałabym ją … z miłości oczywiście! Poszłyśmy do marketu obok naszego domu . Nie wiedziałam, jakie mleko wybrać, bo nie piję mleka z powodu skazy białkowej. Nagle odwróciłam się, siostry nigdzie nie było . Gdzie ona znowu poszła ?! Ma 13 lat , a zachowuje się niczym sześciolatka . Znalazłam ją na dziale z kosmetykami  i kierując się ponownie do stoiska z mlekiem, zaczęłam prawić  jej kazanie:  jaka to ona jest niedojrzała , bezmyślna i w ogóle. Kiedy w końcu chciałam zapytać czy się zrozumiałyśmy , jakaś starsza pani odpowiedziała mi „Ależ oczywiście  dziecko ! ‘”. Spaliłam się ze wstydu , a po siostrze ani śladu ! Wzięłam pierwsze lepsze mleko i z czerwoną twarzą udałam się do kasy . W domu nie chciałam widzieć tej małej małpy . Postawiłam mleko na stole i poszłam na górę . Spakowałam książki na trzy lekcje , bo dopiero około trzynastej  mieliśmy wyjechać na te targi. Ubrałam nową , beżową kurteczkę i wyszłam z domu .

Było wcześniej niż zwykle , co nie zdarza się zbyt często . Zazwyczaj wskakiwałam do autobusu na ostatnią chwilę. Nawet kierowca  był zdziwiony, że czekałam na przystanku . Przywitał mnie z wielkim uśmiechem i powiedział ‘”No, no, no , wiosną wszystko może się zdarzyć!”. Odpowiedziałam mu uśmiechem i usiadłam gdzieś w środku autobusu . Ludzie cisnęli się do tego autobusu , jakby bilety tutaj były za darmo! Włożyłam słuchawki  i słuchałam piosenek swojego ulubionego zespołu w celu poprawienia sobie choć w małym stopniu humoru . Zamknęłam oczy i pogrążyłam się w marzeniach . Z transu wybudziło mnie nagłe szarpnięcie i uczucie wilgoci . To autobus gwałtownie zahamował , a mrożona kawa studenta stojącego przede mną wylądowała na moim ubraniu ! Kurtka poplamiona, spodnie całe mokre , a oczy zaszły mi łzami .  Małe dziecko siedzące po mojej prawej stronie miało niezły ubaw ! Żadne nawet  „sorry”  nie padło! Wysiadłam w tym samym momencie, co właściciel kawy , jednak poszliśmy w inne strony . Spojrzałam na zegarek i zobaczyłam , że mam jeszcze pół godziny . Usiadłam na ławeczce w parku , wyciągnęłam podręcznik od chemii i powtarzałam ostatnią  lekcję , kiedy nagle podszedł do mnie tamten student i wręczył mi paczkę chusteczek higienicznych . Przeprosił mnie i dał mi 20 zł na pralnię oraz zaprosił mnie na lody. Oddałam kurtkę do pralni praktycznie zaraz po otrzymaniu pieniędzy i szybkim krokiem ruszyłam do szkoły . Już w szatni dowiedziałam się , że nie ma dzisiaj chemii,  więc mamy kolejną luźną lekcję . Ten dzień przebiegał tak fatalnie , że nie ucieszył mnie nawet  fakt , że nauczycielka , która cisnęła mnie od początku gimnazjum z tego szatańskiego przedmiotu, poszła  na zwolnienie lekarskie . A to , że była na zwolnieniu automatycznie zwolniło nas z pisania sprawdzianu i z obiecywanego odpytywania !

Dosyć szybko minęły mi dwie pierwsze lekcje , bez żadnych rewelacji . Za to przerwa po drugiej lekcji zapewniła mi nową ksywkę w szkole . Mianowicie – Dzwoneczek . I to wcale nie dlatego , że coś ładnie zaśpiewałam lub zagrałam , po prostu zapatrzyłam się w ekran telefonu i nie zauważyłam ucznia , który niósł karton z instrumentami . Nie dość , że biedaczek się wystraszył, to instrumenty rozsypały się z hukiem ! Już drugi raz tego dnia zrobiłam się czerwona na twarzy .Nie wiedziałam , że jednego dnia może się tyle wydarzyć … Może kierowca autobusu miał rację ? Może faktycznie wiosna jakoś tak dziwnie na nas działa i wszystko może się zdarzyć ? Ale to jeszcze nie koniec wrażeń ! Przecież jeszcze nie byłam na tych całych targach ! Tam to był cyrk !

Poszłam z koleżankami do toalety , jak widać nie tylko ja miałam tego dnia pecha ! Jedna z nich  pociągnęła klamkę za mocno i ta  odpadła !  Musiałam zawołać nauczycielkę , która z kolei zawołała pana konserwatora , biedna Malwina  zaczęła płakać , bo ma klaustrofobię. Chłopcy też płakali , ze śmiechu ( mimo tych szesnastu lat nadal zachowują się jak małe dzieci ! ) . Tak mniej więcej do 15 siedzieliśmy na targach i słuchaliśmy wykładu pewnego sympatycznego profesora , który mówił nam o wyborze szkoły , o przyszłości , pracy itd. A co dziwne – na końcu swojej wypowiedzi wypowiedział te kilka słów : „Pamiętajcie , wiosną wszystko może się zdarzyć ! Nawet proste testy z matematyki !”.

Po powrocie do domu  myślałam trochę nad znaczeniem wypowiedzi tych ludzi … Myślałam także o wszystkich sytuacjach  dzisiejszego  dnia, ogólnie o swoim życiu … Nie zjadłam obiadu , czas schudnąć ! Tak ! Nabrałam motywacji ! Wiem , że brak posiłków może bardziej zaszkodzić niż pomóc , ale zwyczajnie w świecie nie byłam głodna . Pamiętam , że tuż po godzinie 16 dostałam sms z  nieznanego mi numeru o treści: „Kocham Cię!”. Zdałam sobie wtedy sprawę , że tak naprawdę  od trzech lat nie mam chłopaka , nie jestem zakochana .Jestem typem dziewczyny , która potrzebuje czasu, żeby się zakochać . Muszę najpierw poznać kogoś wartego mojej uwagi i z każdą chwilą myślałam , że nigdy się nie zakocham. To dla mnie zbyt trudne , nie mogę zrobić tego ot tak !  Włączyłam komputer …  W Internecie krąży wciąż jedno hasło : ”Zakochaj się na wiosnę” . Wyszłam pobiegać , choć nie ukrywam – wolałabym zostać w domku i nie narażać się na kolejne wpadki . Po pewnym dystansie odczułam zmęczenie , nie chciałam się zatrzymywać . Lenistwo jednak wzięło górę  i usiadłam sobie pod pniem drzewa . To zdecydowanie nie był mój dzień ! Usiadłam na mrowisku . Mrówki chodziły dosłownie po całym moim ciele ! Zaczęłam biegać dookoła drzewa , krzyczeć i skakać jak opętana, że przecież nie jestem Telimeną!!To musiało wyglądać komicznie ! Świadkiem całego zdarzenia był znajomy mojego taty, który wyszedł z psem na spacer. Nie wiedziałam już: śmiać się czy płakać .

W domu wzięłam prysznic, podeszłam do laptopa . Wiadomość na GG : „Wyjdź przed dom” . „Kurczę – pomyślałam - kto może chcieć czegoś ode mnie o tej porze ?’” Była 21 … Pod moją bramką stał chłopak z  równoległej klasy . Kochałam się w nim w I klasie gimnazjum,  ale miał dziewczynę i uczucie do niego jakoś przeminęło . A tamtego dnia właśnie on – jedna z pierwszych miłości, moja Zawiedziona Nadzieja , stoi i chce rozmawiać z nikim innym jak ze mną ! Serce zaczęło mi łomotać tak jak kiedyś . Wydawało mi się , że schodzę po schodach niczym Angelina Jolie , a wyglądało to nie dość , że śmiesznie, to jeszcze wywaliłam się na ostatnim schodku . Podbiegł do mnie i uśmiechnął się . Czułam się ponownie zażenowana ! Nawet teraz brak szczęścia dawał mi się we znaki ! Dlaczego ?!

 Weszliśmy do altanki , księżyc wtedy był w pełni . Widziałam kontury jego twarzy i modliłam się tylko o to , żebym nie powiedziała czegoś głupiego i żebym nie zniszczyła całej tej romantycznej sytuacji ! Wyręczył mnie kot , który przebiegł gdzieś pomiędzy grabiami a łopatą i narobił trochę szumu . Hubert  tylko się zaśmiał i powiedział , że słyszał o sytuacji w szkole i przytulił mnie. Poczułam , że moje nogi … właściwie przestałam je czuć . Były jak z waty … albo jakby w ogóle ich nie było . Poczułam motylki nie tylko w brzuchu … Czyżby pierwsza miłość była miłością tak silną , że trwa , ale zapada w hibernację i budzi się w najmniej spodziewanym momencie ? Jak to jest , że dziewczyna , która nie mogła się zakochać i była odporna na miłość , w jednej chwili straciła głowę ? W jednej chwili tyle myśli napływało mi do głowy , że nie mogłam nawet wykrztusić zwykłego  „Do jutra” .

Pamiętniczku , jak tak patrzę z perspektywy czasu na to wszystko , to nie żałuję nawet tego dnia ! Wszystko działo się po coś ! Żal było zasypiać , choć nie powiem- noc także dostarczyła mi wtedy wielu wrażeń . Z Nim w roli głównej układałam scenariusze na dalsze życie  . Szczęście w nieszczęściu . Teraz jestem troszkę starsza , rozumiem więcej , ale nadal wspominam z sentymentem tamten dzień . Od tamtego dnia wierzę ,że wiosna ma jakąś magiczną moc i sprawia , że wszyściutko wżyciu  gimnazjalisty może  się zdarzyć !

 

Autor:
Anna Jelonek
Klasa: III Gimnazjum
Zespół Szkół w Korzybiu
nauczyciel : Sylwia Olszyna

 

 

 

Miejsce II

Zabawne perypetie pewnego gimnazjalisty ,czyli wiosną wszystko się może zdarzyć!

 Drogi Pamiętniku!
   Nigdy tego dnia nie zapomnę. To była wiosna 2013  roku. Wszyscy cieszyliśmy się , że rozpoczął  się maj, a wraz z nim długo wyczekiwana majówka. Wielu gimnazjalistów miało już rozmaite plany na te kilka dni, ponieważ chcieli wykorzystać je  jak najlepiej. I ja również!
Już od pewnego czasu chciałam się usamodzielnić. Uznałam, że majówka to doskonały czas, by plan wcielić w życie! Wpadłam na pomysł, by odwiedzić ciocię w Warszawie. Problemem byli rodzice, którzy do końca nie chcieli puścić mnie samej tak daleko.Jednak w końcu po długich namowach, zgodzili się!
    Pierwszy dzień długiego weekendu rozpoczął pierwszy dzień mojej samodzielności. Poranek był przepiękny! Promienie słońca przeszywały zielone liście drzew, które lekko powiewały na wietrze, ptaki śpiewały delikatną melodię, a kolorowe motyle przelatywały z kwiatka na kwiatek… No właśnie..a’propos motyli… Mimo dobrego samopoczucia czułam lekki strach i  miałamgorączkę przed podróżą, ponieważ w końcu nigdy wcześniej nie jechałam tak daleko sama. No cóż, musiałam jakoś funkcjonować i nie poddawać się. Szybko się ubrałam, zabrałam walizkę i pożegnawszy się z rodziną, wyruszyłam w moją pierwszą w życiu, samodzielną wyprawę.                                                                                                                   Pierwsze przeszkody pojawiły się na dworcu. Kiedy tam dotarłam, okazało się ,że pociąg, którym miałam jechać, odjeżdża z innego peronu! Na początku nie dopuszczałam do siebie tej myśli, wmawiałam sobie, że to nie chodziło o mój pociąg. Na szczęście w porę wróciłam do zmysłów i zaczęłam błądzić po dworcu w celu znalezienia dobrego peronu. A by się upewnić, nieśmiało zapytałam o to starszego pana stojącego obok. Według niego pociąg miał odjeżdżać z jeszcze innego peronu.  Czasu było coraz mniej ,a ja byłam coraz bardziej zdezorientowana i przestraszona. Po głowie chodził mi fragment piosenki Jamala, w której śpiewał:       „ Pomyliliśmy peron”! Postanowiłam kolejny raz kogoś zapytać. Tamta pani spojrzała na mnie dziwnym wzrokiem, oznajmiła, że ten pociąg za chwilę odjedzie z innego peronu i wskazała mi palcem właściwe według niej miejsce. Wtedy to już naprawdę miałam mętlik w głowie. Biegłam ile sił w nogach. W ostatnim momencie wskoczyłam do pociągu…     
            W środku odetchnęłam z ulgą! Mój przedział był pusty. Zajęłam miejsce i zaczęłam czytać książkę. Po godzinie jazdy dosiadł się pewien młodzieniec. Po długim milczeniu w końcu się przedstawił. Chwilę rozmawialiśmy, gdy nagle zapytał mnie o mój bilet..Zamiast szkolnego -  -- kupiłam normalny (do tej pory nie wiem, dlaczego to zrobiłam).Wojtek(bo tak miał na imię nowy kolega) zaproponował mi, abym podzieliła się z nim biletem. Gwarantował, że odda mi część pieniędzy, że tak będzie korzystniej. Doradził, abyśmy udawali rodzeństwo.. Coś mi to przypominało... lekturę szkolną, którą czytałam. Czułam się jak Maciek Łańko  z powieści Adama Bahdaja pt.: „Telemach w dżinsach”. Musiałam mu odmówić. Nie chciałam mieć przez niego kłopotów. Wtedy do przedziału  wszedł konduktor. Zrobiło mi się żal Romea (tak teraz nazywam Wojtka).Zastanawiałam się, jak wytłumaczy brak biletu.
Ku mojemu zdziwieniu Wojtek wyjął z kieszeni bilet i podał konduktorowi. Byłam na niego zła. Dlaczego wcześniej namawiał mnie, abym podzieliła się z nim biletem? Chowając bilet do kieszeni, spojrzał się na mnie lekko zmieszany. Wbiłam w niego wzrok i nie dowierzałam. Kiedy w końcu zapytałam, dlaczego to zrobił, odpowiedział, że chciał zagadać, a przy okazji zbadać moją asertywność.. Kiedy to usłyszałam, wybuchłam śmiechem!                                                                                                                                         Okazało się, że Wojtek również jedzie do Warszawy. Kiedy podróż dobiegała końca, zaproponował, byśmy spotkali się pewnego dnia gdzieś w mieście, ponieważ on nikogo w Warszawie nie zna, a chciałby fajnie spędzić czas. Odpowiedziałam mu, że jestem bardzo asertywna i odmawiam. To miał być mały rewanż za jego „badania”.
            Podróż pociągiem dobiegła końca.  Pożegnaliśmy się.By dotrzeć do domu cioci czekała mnie już tylko mała przeprawa metrem. Minęło kilkanaście minut i byłam pod blokiem. Podeszłam do drzwi i zorientowałam się, że nie znam kodu do jej domofonu. Do tego rozładował mi się telefon! Wpadłam w panikę! Wtedy zobaczyłam  wychodzącego z budynku ... Wojtka."Jestem uratowana" -pomyślałam w duchu. Wojtek uśmiechnął się i powiedział: "Co za spotkanie! Świat jest taki mały". Jednak ku mojemu zdziwieniu wcal mi nie pomógł,wykręcił się ... asertywnością i pobiegł za blok.  Bylam wściekła. Asertywność asertywnością, ale Wojtek powinien zachować się wtedy jak prawdziwy mężczyzna  i otworzyć mi drzwi! Byłam wręcz oburzona! I wtedy znowu go zobaczyłam. Nie wiedziałam, czego się spodziewać. Dopiero gdy zobaczyłam jego uśmiech, zrozumiałam, że zrobił to specjalnie! Też zaczęłam się śmiać. Romeo otworzył mi drzwi. Okazało się, że sąsiad mojej cioci jest jego wujkiem. Do później nocy śmiałam się z tego razem z nią…
Ta podróż była pełna wrażeń… cóż wiosną wszystko się może zdarzyć!


Autor: Marta Kasperska
Klasa: III gimnazjum
Szkoła : ZS w Korzybiu
Nauczyciel: Sylwia Olszyna

 

           

,,Pamiętnik Piotrusia”(III miejsce)

 

 

28 kwietnia, czyli chyba wiosna        

 

 

 

Kochany Pamiętniczku!

 

            Tutaj Twój Piotruś. Znowu. Proszę, nie pomyśl, że jestem namolny. Już tak pomyślałeś? Przyznaj się! Dlaczego się nie odzywasz?! Mów! No tak. Nie mówisz. Przepraszam. Dzisiaj tyle się wydarzyło. Wybaczysz mi?

            Trochę się rozgadałem nie na temat, a chciałem Ci przecież opowiedzieć o tym, jakże obfitującym w niespodzianki dniu.

            Zaczęło się co najmniej interesująco. Wczorajszy dzień był wyjątkowo przyjemny, więc kiedy zadzwonił budzik, zacząłem śpiewać razem z nim. Zdjąłem z siebie koszulkę i wymachiwałem nią w rytm muzyki z gracją, jakiej nie powstydziłaby się moskiewska baletnica. Wykrzykiwałem w przestrzeń słowa popularnej piosenki zespołu Dżem. Pech chciał, że zapomniałem o gościu mojego starszego brata. Nocowała u niego dziewczyna. Pozbyłem się właśnie spodni i kontynuowałem swoje poczynania w samych bokserkach, kiedy drzwi otworzyły się z głuchym kliknięciem. Piękna i zgrabna Klara postanowiła właśnie teraz zapytać o grzebień. Wyczucie czasu ma jak mało kto! Stanąłem jak wryty. Poczułem uderzenie gorąca i już wiedziałem, że moja twarz przybrała kolor zdrowego buraka lub, jak kto woli, wyśpiewywanej właśnie przez Dżem cegły. Klara wybuchnęła śmiechem i zrobiła mi wyjątkowo uroczą fotkę. Zadziwiająco szybki jest dzisiejszy przepływ informacji. W zaledwie kilka minut moje zdjęcie obejrzała cała Polska, a po godzinie przeczytałem, że moje smukłe bicepsy odziałaby nawet czarna jak smoła mieszkanka Mozambiku. Niewyedukowana część Chin chwaliła tańczącą stonogę, a niemiłosiernie ograniczony mięśniak połączył się ze mną na Skypie, żeby podać mi swój adres. Zgubił mnie  drążek do podciągania, który zaginął ,,rzekomemu kulturyście'' podczas wiosennych porządków. Kolega z siłowni zapewniał go, że my – drągi zawsze wracamy. Na dowód tego pokazał mu zdjęcie swojego urządzenia. Teraz oglądałem je na ekranie laptopa. Widniał na nim szczupły, długi jamnik. Nie pytałem, w jaki sposób był używany do ćwiczeń. Mój domniemany właściciel chciał się upewnić, że i ja wrócę. Zdziwiło go tylko, że zmieniłem kolor z niebieskiego na niezdrowe połączenie różnych odcieni zielonego, żółtego i cielistego. Mnie natomiast zaintrygowało, że zna tyle nazw kolorów.

            Wychodząc z domu, włożyłem czarną kurtkę z wysokim kołnierzem, który postawiłem, żeby jak najmniej rzucać się w oczy. Tak przetrwałem drogę do autobusu i pobyt na przystanku. Transport przeżyłem wciśnięty w najciemniejszy kąt w autobusie – za siedzeniem kierowcy. Tam zdobyłem kolejne, jakże istotne w ocenie współczesnego człowieka informacje.

            Po ubłoconych stopniach autobusu mozolnie wgramoliła się młoda dziewczyna. Rozjaśnione włosy w kolorze ciekawie żółtej słomy spływały kanciastą kaskadą na wysokie na co najmniej metr osiemdziesiąt i szerokie na kilkanaście centymetrów pudło pełne anoreksji przyprawionej kilkoma punktami IQ. Bajeczne połączenie dające niesamowite efekty.

            Dziewczyna poprosiła o bilet. Zapytana, czy życzy sobie normalny, odpowiedziała (tu pozwolę sobie przytoczyć słowa owej książkowej definicji inteligencji):”Wie pan, zawsze brałam normalny, więc dzisiaj poproszę zwariowany”.

            Z wrażenia złamałem rączkę regulującą pochylenie fotela i dalszą drogę do swojego gimnazjum musiałem pokonać zdany na łaskę swych sportowych trampek.

            Wpadłem do szkoły w połowie drugiej lekcji, udając niezbyt realistyczny pośpiech. Zmęczenie było prawdziwe. Pokonałem pieszo dziesięć kilometrów wyboistych i zatłoczonych chodników, przeżyłem setki uderzeń w żebra otrzymywanych od zabieganych przechodniów, nie mówiąc już o trzech zagubionych dziecięcych piłkach, które bez niczyjej pomocy lądowały pod moimi nogami i które udało mi się ominąć wyłącznie dzięki ogromnym staraniom, jakie włożyłem w gimnastykę na lekcjach wychowania fizycznego. Zdążyłem dotknąć klamkę od drzwi do sali, w której powinienem się teraz znajdować. Następny obraz, jaki pamiętam, to bolesny upadek na podłogę osławionego gimnazjalnego korytarza. Anglista, który oczywiście był niezaprzeczalną przyczyną feralnego dla mojej kości ogonowej zdarzenia, próbował zabić, a właściwie dobić mnie wzrokiem. Spuściłem głowę i potulnie przeprosiłem za spóźnienie. W ramach "nagrody" zostałem kupowaną przez kolegów i koleżanki "rybą". Owijali mnie połyskującym papierem do pakowania prezentów i metkowali. Tak oto wbrew swojej woli zostałem skrzącym się marlinem z opowiadania Hemingwaya. A może byłem śledziem? To akurat był najmniejszy problem owej lekcji. Kiedy "kelner" zapytał "klientkę", czego sobie życzy, ta zamiast poprosić o mnie, poinformowała o chęci dokonania na mnie morderstwa. Szczęka opadła mi na podłogę, a oczy niemal wyszły z orbit. Krzyknąłem tylko, że to obrzydliwy spisek i metodą susów olimpijskiej długości w mgnieniu oka wydostałem się z klasy. Jak na prawdziwego pechowca przystało z hukiem wpadłem na wychowawczynię. Wtedy byłem już niemal pewny, że postawiłem na sobie krzyżyk. Oczy nauczycielki zrobiły się krwistoczerwone. Zaraz też pojawiły się w nich lasery, które w kilka sekund przecięły mój niecodzienny mundur ryby. Chociaż jak się nad tym zastanowić, mogły to zrobić superostre nożyczki anglisty. Jedyne, co mi pozostało, to powolne poczłapanie za nauczycielką z głową opuszczoną na posadzkę. Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło – oszczędziłem pracy sprzątaczce, polerując podłogę na błysk.

            Po pokonaniu żmudnej i niebezpiecznej trasy przez pusty szkolny korytarz stanąłem przed drzwiami sali numer dwa – mojej sali. Oddech przyspieszył niebezpiecznie, serce zaczęło łomotać w piersi jak niepokorny gołąbek. Oto nadchodził czas spotkania twarzą w twarz z prawdą. Przeznaczenie. To musiało się kiedyś zdarzyć. Zaraz zadzwonią do mojej matki - pomyślałem - za góra dwie godziny będę już w drodze do szpitala psychiatrycznego i nikt nigdy nie zobaczy mojej wizji świata. Jestem za młody, żeby umierać! To się nie może tak skończyć! Trumna, mogiła – oto co mnie czeka i to w kompletnym zapomnieniu!" Przypomniałem sobie o Juliuszowej "sile fatalnej". Pocieszyłem się, że po śmierci będę mógł bezkarnie pstrykać w ucho wszystkich nauczycieli w szkole, używając do tego postaci astralnej. Oczami wyobraźni widziałem ich przerażone miny. Miałem nadzieję, że jeśli ja, to i oni wylądują w tym jakże niechlubnym miejscu, jakim jest psychiatryk. Ta informacja tak mnie ucieszyła, że aż się uśmiechnąłem, za co oczywiście to ja dostałem w ucho. Wszedłem do klasy, uważając, by bardziej nie uszkodzić kości ogonowej, czy zmienić koloru wylewającego się potokiem opuchlizny, obfitego i dorodnego jak brzoskwinia siniaka na czole. W pierwszej ławce za biurkiem siedziała Marta – uczennica pierwszej klasy, zawzięcie rozwiązując krzyżówkę. Nauczycielka wskazała mi miejsce obok dziewczyny, więc posłusznie je zająłem. Wychowawczyni podeszła do szafki w drugim końcu klasy. Skorzystałem z okazji i zapytałem Martę o godzinę. Ta w odpowiedzi pokazała mi zegarek. Spojrzałem na tarczę utrzymaną w odblaskowych barwach. Niemal natychmiast w moich oczach pojawiły się łzy. Miałem problem z odczytaniem godziny. Jakoś poskładałem w głowie kolorowe wskazówki i zobaczyłem ósmą pięć. Nie mogło to być prawdą, bo znaczyłoby, że pięć minut temu zaczęła się pierwsza lekcja. Żeby się upewnić, zapytałem więc, czy owy zegarek chodzi, na co otrzymałem błyskotliwą odpowiedź: "Niestety, trzeba go nosić".

            Nauczycielka podeszła do biurka. Blond grzywka opadła jej na oczy i już wiedziałem, co zaraz nastąpi. Kobieta zalała mnie potokiem słów i nie tylko. Deszcz śliny obficie pokrył ławkę, przy której siedziałem i mnie samego. Strumień owego płynu spływał po mojej grzywce, koszuli i spodniach, tworząc na podłodze już sporą kałużę. Przypomniałem sobie o magicznym w tej chwili przedmiocie schowanym na dnie plecaka. Wystawiając wskazujący palec, bezgłośnie poinformowałem wychowawczynię, by na chwilę zaprzestała swoich wywodów. Kiedy to nastąpiło, sięgnąłem do plecaka i wydobyłem z niego parasolkę. Rozłożyłem ją i rozstawiłem pomiędzy mną a nauczycielką. Poinformowałem ją, że już może kontynuować, a kiedy nic nie usłyszałem, ostrożnie wyjrzałem poza krawędź parasola, niemal jak żołnierz w okopach. Zobaczyłem wielką,  czerwoną kulę osadzoną na szyi kobiety. To nie wróżyło nic dobrego. Natychmiast schowałem się za parasol. Nie musiałem długo czekać na rozwój akcji. Potok śliny ponownie popłynął. Tym razem temat kazania skupił się głównie na parasolu.

            Całe to przedstawienie przerwało nagłe wejście matematyczki. Jej przerażona mina wskazywała, że to coś ważnego. „Szybko!”- wydyszała. – „W stołówce jest awaria grzejników!

Zaleje nas! Dzwoń po konserwatora!” Matematyczka zniknęła tak szybko, jak się pojawiła. Pozostawiła po sobie jedynie nadzieję, że uwaga nauczycielki skupi się chociaż na chwilę na czymś, co w najmniejszym stopniu mnie nie dotyczy. Wychowawczyni wykonała telefon do zabieganego konserwatora, informując go o awarii. Zapewnił, że sprawdzi to w ciągu kilkunastu minut. Nauczycielka już chciała wrócić do naszej jakże owocnej konwersacji, kiedy zadzwonił jej telefon. Matematyczka wydyszała, że alarm, który podniosła, był fałszywy, a za potop odpowiedzialna jest woźna, która nieudolnie podlewała kwiatki. Wychowawczyni opadła na skórzany obrotowy fotel i ukryła twarz w dłoniach.

            Po rozmowie z nauczycielką poszedłem do stołówki. Szerokim łukiem ominąłem sławne już w całym gimnazjum kwiatki-fontanny i podszedłem do okienka kucharki. Dostałem miskę zupy grzybowej z ziemniakami. Zaczerpnąłem łyżką trochę przesolonego dania. Kiedy wysiorbałem trzy czwarte miski płynu, spróbowałem wyłowić na wpół zatopionego kartofelka. Okazało się jednak, że nie był to ziemniak, a szczęka starej kucharki. Była to chyba ostatnia rzecz, którą spodziewałem się znaleźć w zupie. Wyciągnąłem ją więc i oddałem uszczęśliwionej tym właścicielce, po czy odebrałem nagrodę- zostałem zaśliniony przez całuśną pracownicę stołówki. Już postanowiłem: do końca życia będę jadł wyłącznie kanapki!

            Cudem przeżyłem pozostałe lekcje bez większych problemów. Pozostała mi jeszcze jedna, ostatnia – owiana legendą chemia. Ja – dumny amator pechowych wydarzeń popełniłem kolejny błąd – byłem nadgorliwy. Może przytoczę ci, mój kochany Pamiętniczku, wydarzenie sprzed kilku dni. Otóż poinformowano mnie kiedyś, że tlen w przyrodzie występuje w postaci dwuatomowych cząsteczek. Wziąłem to sobie głęboko do serca. Nic więc dziwnego, że zrobiłem to, co zrobiłem. Chciałem wykazać się pilnością i pokazać, że rzeczywiście słucham na lekcji. Poproszony do tablicy zapisałem reakcję dokładnie i estetycznie. Kilka razy wszystko sprawdziłem. Przypomniała mi się też rada nauczycielki chemii sprzed kilku dni. Uzupełniłem więc zapisany przez siebie wzór wody, wstawiając przy odpowiedniej jego części dwójkę. Nauczycielka też wstawiła cyfrę – jedynkę do dziennika. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, co zrobiłem źle. Sprawdziłem to więc kilka minut temu. Okazuje się, że wzór H2O2 z wodą ma niewiele wspólnego.

            Wracając do domu, przypomniałem sobie o swoim dzisiejszym pechu i nie chciałem ponownie wsiadać do autobusu. Postanowiłem się przejść. Przepuściłem kolumnę żołnierzy i szedłem za nimi. Było ich blisko setki. Wszyscy tupali, a tylko ja wdepnąłem w psie odchody.

            Jak widzisz, mój kochany Pamiętniczku, dzisiejszy dzień obfitował w niespodzianki. Słyszałem kiedyś, że wiosną wszystko może się zdarzyć. Szkoda tylko, że przez te wydarzenia nie miałem czasu spotkać się z Natankiem – moim cudownym chłopakiem.

 

 

,,Pamiętnik Piotrusia”

Kamila Biernacka, lat 14

Klasa 2a

Gimnazjum im. Karola Wojtyły w Kępicach

ul. Szkolna 1 , 77-230 Kępice

Opiekun: Alicja Dworakowska